Zapraszam do polubienia fanpejdża Fotokomórka na Facebook ’u. „Fotografując staraj się pokazać to czego bez ciebie, nikt by nie zobaczył”. Robert Bresson. Galeria zdjęć oraz mapa opuszczonych miejsc z Polski i Europy. Odkryj opuszczone miejsca w swojej okolicy i zacznij przygodę z urban exploration!
Opuszczone miejsca w Polsce często wywołują przerażenie. Myśl o tym, że nagle musimy opuścić nasze miejsce zamieszkania, większości z nas wydaje się niemal abstrakcyjna. Okazuje się
Na Bartku Maciejewskim to właśnie one, spośród wszystkich miejsc odwiedzonych w kujawsko-pomorskim, wywarły największe wrażenie – Zachwyciły mnie te budowle. Wiążą się z nimi ciekawe przygody. Jak przyznaje, w Toruniu grupa zwiedziła już większość opuszczonych obiektów. - Niektóre z nich zostały zrównane z ziemią.
5. Opuszczone zakłady słynnej w latach 90. marki odzieżowej Sunset Suits, podroze.onet.pl 6. Opuszczony pałac myśliwski w Mojej Woli, w Nadleśnictwie Antonin, podroze.onet.pl 7. Skupin Weronika, Kopalnia soli w Wapnie – największa w Polsce, zalana po katastrofie, o której nie wolno było mówić, polskazachwyca.pl 8.
. - Borlik pokazuje Trójmiasto, jakiego nie znacie. Zapomniane miejsca niegdyś tętniące życiem, podupadłe atrakcje turystyczne, czarne plamy na mapie miasta - rejony, w które lepiej nie zapuszczać się po zmroku - tak zapowiada nową, już dziesiątą powieść kryminalną Piotra Borlika jego wydawca - Prószyński i S-ka. Jakie to miejsca, co pisarz planuje w najbliższym czasie, a także którzy bohaterowie jego książek wrócą wkrótce na karty powieści - o tym wszystkim rozmawiamy z autorem "Labiryntu", który kilka dni temu miał swoją książek z TrójmiastaMagdalena Raczek: "Labirynt" to już twoja 10 powieść. Chciałoby się zapytać: kiedy to wszystko minęło?! Niedawno rozmawialiśmy o twoim debiucie... Jak podsumowałbyś ten czas i jak widzisz siebie za kolejne 10 tytułów? Piotr Borlik: To prawda, 10 książek robi wrażenie, zwłaszcza że jest to dorobek pięciu ostatnich lat. Siadając do pisania pierwszej powieści, nigdy nie zakładałem, że tak to się wszystko potoczy. Hobby stało się moją pracą, co jednak ważniejsze, wciąż przynosi tyle samo frajdy, a może nawet więcej, bo nie muszę już pisać pokątnie w pracy i zarywać nocek. Mam nadzieję, że jestem tym samym człowiekiem - bogatszym o doświadczenia, z bardziej rozwiniętym warsztatem i bardziej profesjonalnym podejściem do pisania, ale wciąż przede wszystkim piszącym dla siebie samego. Czytelnicy na spotkaniach autorskich twierdzą, że się zmieniłem, że kiedyś byłem bardziej spięty, ale to chyba jedyna zmiana jaka we mnie zaszła (no może jeszcze nowa fryzura powiązana z nieubłaganym upływem czasu i okulary na nosie od zbyt długiego ślęczenia nad tekstami). Co będzie za 10 kolejnych książek? Mam nadzieję, że upragniona ekranizacja, jeszcze więcej luzu i kilka kilogramów mniej (uśmiech).Przeczytaj także: Mistrz kryminałów mieszka w TrójmieściePomówmy zatem o twojej ostatniej książce, czyli o "Labiryncie". Z opisu wydawcy: "Borlik pokazuje Trójmiasto, jakiego nie znacie. Zapomniane miejsca niegdyś tętniące życiem, podupadłe atrakcje turystyczne, czarne plamy na mapie miasta - rejony, w które lepiej nie zapuszczać się po zmroku" - brzmi to wszystko bardzo zachęcająco. Mam wrażenie, że wpisuje się to trochę w popularny ostatnio trend tzw. urban exploration. Czy jesteś może fanem urbeksu?Pierwszy raz z tym terminem zetknąłem się, czytając o jednej z lokalizacji opisanych w "Labiryncie". Jest w tym coś, co mnie kusi - ten dreszcz emocji przy zwiedzaniu opuszczonych miejsc, zgrzyt drzwi otwieranych po raz pierwszy od dawna, chrzęst szkła pod stopami... Na potrzeby researchu zwiedziłem opuszczone sanatorium w gdyńskim Orłowie, ale muszę przyznać, że poza ekscytacją odczuwałem przy tym dość sporą dawkę niepokoju. Być może mam za dużą wyobraźnię, a może jestem po prostu tchórzliwy. Wolę o pewnych rzeczach czytać lub słuchać, niż samemu ich doświadczać. Szczerze wątpię, czy będę kontynuować to jako pasję. Przeczytaj także: 100 opuszczonych miejsc i zapomnianych obiektów w przewodniku "Zona pomorskie"No właśnie, jednym z takich miejsc, w których dzieje się akcja twojego kryminału, jest dawne sanatorium w Orłowie. Co w nim jest tak przyciągającego, że je wybrałeś? To był dla mnie oczywisty wybór. O popularności tego miejsca niech świadczą odpowiedzi moich czytelników, gdy przed premierą "Labiryntu" zapytałem ich, jak sądzą, jakie zapomniane miejsca na mapie Trójmiasta przyjdzie zwiedzić głównemu bohaterowi powieści. Ponad połowa odpowiedzi dotyczyła dawnego sanatorium, nawet osoby z innych rejonów Polski słyszały o tym miejscu. Czytelnicy sugerowali również dawną fabrykę Batyckiego, szpital przy ulicy Kieturakisa czy budynek poczty przy placu Konstytucji w Gdyni. Jest więc w czym wybierać. Szkoda zmarnowanego potencjału, ale i tak Orłowo jest dla mnie wyjątkowym miejscem. To tam 11 lat temu oświadczyłem się mojej żonie, a w Domku Żeromskiego wypiłem niezliczoną ilość trochę o tych miejscach, na które się zdecydowałeś, pojawiających się w książce - jest to też torpedownia na Babich chcę za dużo zdradzić, by czytelnicy mogli odkrywać kolejne labirynty wraz z bohaterami książki. Skoro jednak już wywołałaś torpedownię, to rzeczywiście, była ona impulsem do powstania tej powieści. Wszystko to za sprawą jednej z moich czytelniczek, Magdy Kośnik, która sfotografowała torpedownię. Wyświetlające mi się na Facebooku zdjęcie uruchomiło całą lawinę zdarzeń, która doprowadziła ostatecznie do wydania "Labiryntu". Motyw labiryntów od dawna mnie fascynował, byłem nawet bliski dodania wątku labiryntów w "Boskiej proporcji", ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Cieszę się podwójnie: raz, że stworzyłem tę historię, dwa, że wreszcie nie muszę kombinować przy odpowiedziach na spotkaniach autorskich o kulisy powstania pomysłu na książkę. Interesuje mnie, jak przygotowujesz się do pracy: aby opisać sugestywnie takie miejsce jak sanatorium czy torpedownia, trzeba tam wejść, zobaczyć to wszystko, poczuć klimat opuszczonego obiektu? A może nie z autopsji, a inaczej je poznajesz? Wspomniałeś, że byłeś w ruinach sanatorium, a jak z resztą lokalizacji?Tak, sanatorium w Gdyni miałem okazję zwiedzić, torpedownię jednak znałem wyłącznie z widoku rozpościerającego się z plaży. Na szczęście jest to obiekt dobrze udokumentowany w Internecie, że nie musiałem wynajmować łódki i fatygować się tam osobiście. Tak się składa, że bardzo pomocne było nagranie umieszczone w waszym portalu. Oczywiście będąc na miejscu, znacznie łatwiej wczuć się w panujący tam klimat, ale w tym wypadku uznałem, że materiał zgromadzony przez innych w zupełności mi wydaje się ciekawym miejscem akcji dla kryminału, zresztą pojawia się w wielu z nich, w twoich książkach. Co ma takiego w sobie, że tak przyciąga autorów, co dla ciebie jest w tym ważne?Najważniejsza dla mnie jest możliwość codziennego obcowania z miastem. Urodziłem się w Bydgoszczy, ale w Gdańsku dawno już zapuściłem korzenie i czuję, że to moje miejsce na Ziemi. Mam tu mnóstwo oddanych czytelniczek i czytelników, zaprzyjaźniłem się z miejscowymi bibliotekami, staram się brać czynny udział w kulturalnym życiu Trójmiasta. Naturalnym więc jest, że osadzam akcję w znanych mi rejonach. Wiem, że moi czytelnicy na to czekają i czerpią podwójną radość z obcowania z moimi książkami. Od dłuższego czasu kusi mnie osadzenie akcji na Biskupiej Górce. Odbyłem już kilka spacerów tamtejszymi klimatycznymi uliczkami, wziąłem udział w spacerze z przewodniczką, która nie tylko opowiadała o najciekawszych miejscach, ale również odczytywała haiku swojego autorstwa, inspirowane Biskupią Górką. To miejsce przyciąga mnie swoją historią i klimatem, ale wciąż nie jestem gotowy, by podjąć ten temat. Tak naprawdę mam cichą nadzieję, że ktoś doświadczony w tworzeniu kryminałów retro mnie ubiegnie i wykona kawał dobrej roboty. To miejsce zasługuje na porządną matematyczne i logiczne to - jak już wiedzą czytelnicy twoich książek - twój konik. Pojawiały się wcześniej w serii z Agatą Stec, a teraz w formie zagadek z labiryntami. Wydaje się, że przychodzi ci z łatwością ich wymyślanie. Czy tak jest rzeczywiście?To trochę jak z gotowaniem, które jest moją drugą pasją. Uwielbiam gotować, uwielbiam też pisać o jedzeniu, ale wszystko musi mieć swój czas i miejsce. "Boska proporcja" była przesiąknięta zagadkami matematycznymi, wzbogacały one tę historię i czyniły ją wyjątkową. Późniejsze książki miały zupełnie inny klimat, wrzucanie tam tego typu zagadek przyniosłoby wręcz odwrotny skutek. Zawsze powtarzam, że staram się, by każda moja kolejna książka była inna od poprzedniczek, toteż musiałem napisać kilka innych historii, by móc wrócić do zagadek. Nie zmienia to faktu, że "Labirynt" różni się praktycznie pod każdym względem od serii z Agatą Stec i Arturem Kamińskim. W luźnych zapiskach mam wstępny zarys historii z liczbami doskonałymi w tle i myślę, że Hubert Czarny, bohater "Tajemnicy Wzgórza Trzech Dębów", mógłby odnaleźć się w tej historii, ale jeszcze nie przyszedł na nią czas. No dobrze, to serie czy pojedyncze tytuły? Co bardziej lubisz pisać, co jest łatwiejsze dla ciebie?Kiedyś myślałem, że serie, ale patrząc na przykład na dorobek Katarzyny Puzyńskiej, która pisze serię kilkunastotomową, nie wiem, czy mogę stosować ten termin do moich książek. Z jednej strony serie kuszą możliwością przedstawienia zmian w głównych bohaterach na przestrzeni kolejnych części, z drugiej jednak tak wiele intrygujących postaci czeka na opisanie, że trudno się zdecydować. Obecnie dotarłem do miejsca, gdzie co chwilę słyszę pytania o powrót tego lub innego bohatera. Sam czuję, że należałoby odkurzyć Jakuba Ramona, a wspomniany wcześniej Hubert Czarny też nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Krótko mówiąc: na brak pomysłów nie każdy bohater czeka na swój powrót. W podziękowaniu w "Labiryncie" pada zapowiedź powrotu do bohaterki komisarz Stec - czy to oznacza, że powstaje/nie nowa (czwarta) część jej przygód?To prawda, ugiąłem się pod presją pytań o powrót Agaty Stec. Nie jest żadną tajemnicą, że trylogia "Boskiej proporcji" cieszy się największą popularnością wśród moich czytelników. Nie wiem, czy bardziej się cieszę, czy stresuję na ten powrót. Agata na pewno się zmieni. Kto czytał zakończenie "Białych kłamstw", ten wie, do czego posunął się jej brat, by wywołać w niej zmiany. Z drugiej jednak strony musi odezwać się jej przekorna natura, która nie pozwoli Agacie wieść spokojnego życia. Wzorem "Materiału ludzkiego" planuję osadzić część akcji w Gdańsku i część na Kaszubach. Wszystko dziać się będzie w mrocznej, zimowej aurze. Oczywiście nie zabraknie charakterystycznego czarnego charakteru, który będzie melomanem o bardzo specyficznym guście. Więcej nie powiem.
1/12 Przeglądaj galerię za pomocą strzałek na klawiaturze Przesuń zdjęcie palcem fot. Fot. Tomasz Ho£Od / Polska PressNastępne 10 opuszczonych miejscowości w Polsce. Kiedyś życie toczyło się tam zupełnie zwyczajnie... Jakie historie kryją się za ich wyludnieniem? Zobacz równieżPolecamy
Polskie miasta widma kuszą samotników. Nie wszyscy lubią gwar staromiejskich uliczek czy familijny klimat osiedli, na których sąsiedzi znają się aż za dobrze. Niektórzy w poszukiwaniu spokoju zaszywają się gdzieś w górach. Inni woleliby być jak czarnobylscy ostańcy: pozostawać jednymi z ostatnich mieszczan wśród opustoszałych od dekad bloków. Wbrew pozorom jednak nie trzeba jechać aż do Prypeci, by doświadczyć stanu specyficznej samotności. Miast widm w Polsce jest wiele. Wszyscy oczywiście z miejsca wspomną pełne pustych bloków mieszkalnych Borne Sulinowo, ale warto wiedzieć, że równie atrakcyjnie – w dość szczególnym znaczeniu tego słowa – może być też w innych miejscach. Polskie miasta widma: 6 opuszczonych miejsc Kęszyca Leśna, fot. Filip Chlebda 1. Kęszyca Leśna Brukowana droga wśród drzew, tory pojawiające się i znikające pod warstwami ziemi i rozbujanymi przez wiatr trawami. Perony ginące w krzewach. Tak gości wita Kęszyca Leśna – militarne polskie miasto widmo. Po kilku minutach spaceru oczom ukazują się szeregi kilkupiętrowych domów stojące w równych odstępach od drogi. Wybite okna, zrujnowane wnętrza, szmaty zwisające z próchniejących poręczy. Atmosfera jest wyjątkowa, a ostatnie 100 lat sprawiło, że zamiast lasu stoją tu opustoszałe bloki i koszary. Pierwsze obiekty militarne w sąsiedztwie wsi Kęszyca znanej wówczas jako Kainscht wznieśli w 1927 roku Niemcy. Regenwurmlager, bo tak nazwano to miejsce, na język polski przekładane jest jako „koszary dżdżownic”. Z czasem budynki stały się zapleczem dla jednego z największych projektów defensywnych realizowanych na wschodnich granicach III Rzeszy, czyli dla Festungsfront im Oder-Warthe Bogen znane dziś jako Miedzyrzecki Rejon Umocniony. W 1936 roku na oficjalne otwarcie garnizonu przyjechał sam Adolf Hitler. W kolejnych latach – jak donoszą niezmordowani kronikarze opisujący losy tego miejsca – w „koszarach dżdżownic” stacjonował pułk waloński, a Hindusi, Persowie, czy Tadżykowie nabywali umiejętności bojowych. Jeden z mitów głosi też, że działał tu obóz szkoleniowy Abwehry. Po wojnie teren przeszedł w ręce Polaków. Od 1945 roku miasteczko przemianowano na Gródek, a w koszarach stacjonował garnizon Wojska Polskiego. Po 11 latach obiekty przekazano jednostce łączności sowieckiej Północnej Grupie Wojsk, która wyprowadziła się z tych terenów dopiero w 1993 roku. W spadku po czerwonoarmiejcach został nam dość kiczowaty pomnik dzielnego radzieckiego łącznościowca w dramatycznej pozie. Stoi w środku miasteczka. Kęszyca Leśna – pomnik; fot. Dominika Węcławek Dziś wiele obiektów wciąż pozostaje opuszczonych. Wiatr hula po olbrzymich strychach, które niczym pradawne (lub trochę nowsze) zamczyska skrywają skarby sprzed dekad. Pod ziemią zaś rozciągają się wielokilometrowe korytarze miejscowego „metra”, czyli MRU. Miejscowe władze starają się wykorzystać jak najwięcej solidnych, poniemieckich konstrukcji naziemnych. W ten sposób dawne koszary odzyskują blask i zamieniają się w przytulne mieszkania dla cywili. 2. Pstrąże Miejscem, które nie doczekało się takiej rewitalizacji i wciąż pozostaje tylko spektakularnym zbiorem bloków w samym środku lasu jest Pstrąże. W 1901 roku Niemcy przeznaczyli ten teren na koszary. Po dwóch wojnach światowych teren trafił w ręce Sowietów, którzy miasteczko nie tylko odgrodzili od świata i zamknęli dla obcych wysadzając most na Bobrze, ale też starli z map. Pstrąże; fot. Krzysztof Grygianiec Wszystko, co się znajdowało w granicach Pstrąża było ściśle tajne aż do 1992 roku, kiedy to Armia Radziecka opuściła granice kraju. Przez kolejne dekady tereny tego polskiego miasta widma stały się świetnym miejscem do ćwiczeń dla polskich jednostek specjalnych. Tu doskonalili techniki żołnierze GROM-u. Obecnie w opustoszałych bloczyskach hula wiatr, a w oknach zamiast firanek szczerzą swe kły rozbite szyby. Gdzieniegdzie można znaleźć ślady przeszłości. Najczęściej są to pstrokate tapety z rosyjskich gazet, rzadziej inne elementy wyposażenia. 3. Mała Moskwa, czyli Legnica Znacznie więcej ciekawych artefaktów znaleźć można w mieście, w którym w latach 1945-93 funkcjonowało dowództwo sowieckiej Północnej Grupy Wojsk. Mowa tu o Legnicy. Sowieci zajmowali niemal połowę powierzchni miasta, ale porzucone bloki zostały obecnie w całości zaadaptowane na nowoczesne dzielnice mieszkaniowe. Wciąż opuszczone pozostały jedynie byłe tereny szpitalne w Lasku Złotoryjskim, które chociaż pełne niszczejących budynków, zachowały się w ogólnie niezłym stanie. Poradziecki szpital w Legnicy; fot. Dominika Węcławek Szpital widmo tej pory potrafi pobudzać wyobraźnię odwiedzających. Na całość składa się kilka różnych obiektów, w tym gigantyczny budynek główny, w którym łatwo rozpoznać bloki operacyjne i sale dla pacjentów, nieco mniejszy obiekt sportowy z piękną mozaiką i basenem, do tego kotłownie, a także dawne pawilony sklepowe. Bufet w opustoszałym kompleksie szpitalnym, Legnica; fot. Dominika Węcławek W wielu miejscach ocalały szyby z oryginalnymi, rosyjskimi napisami, a choć ze ścian sterczą macki kabli, a woda w basenie zielenieje, to łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądała całość w latach świetności. 4. Śródborów Znacznie mniej łaskawie los i plądrownicy obeszli się z ośrodkami zdrowia w podwarszawskim Śródborowie, będącym wypoczynkową częścią Otwocka. W tym mieście-ogrodzie wśród wielu często pustych już drewnianych domów typu „świdermajer” wypatrzyć można ogrodzenia okalające dawną chlubę Mazowsza: sanatoria, w których leczono przede wszystkim choroby płucne, szpitale dla psychicznie chorych i domy dziecka. Śródborów; fot. Dominika Węcławek Wznoszone na początku i w połowie XX wieku obiekty w tym polskim mieście widmie dziś potrafią wywołać ciarki u niejednego eksploratora. Dziesiątki pustostanów porasta mech, a drzewa nierzadko wybijają się z podłóg kolejnych zdewastowanych sal. Dwa najbardziej spektakularne ośrodki to powstałe po II Wojnie Światowej Sanatorium Chorób Płucnych im. Hanki Sawickiej oraz słynna „Zofiówka”. Działający od 1908 roku Zakład dla Nerwowych i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”, który w czasie okupacji stał się gettem, po jego likwidacji przeznaczony został na Lebensborn Ostland, czyli jeden z wzorcowych ośrodków „odnawiania krwi niemieckiej”. Po wojnie stopniowo podupadał, stając się oazą dla duchów i bolesnych wspomnień z zapomnianej przeszłości. Spacer zapuszczonymi alejkami między budynkami nikogo nie pozostawia obojętnym. 5. Miedzianka Zupełnie inne odczucia budzi przechadzka wokół niepozornej osady znanej dziś jako Miedzianka. Jeszcze sto lat temu było to miasteczko górnicze znane jako Kupferberg. Solidne murowane domy, zagrody, ogródki, pola uprawne a wokoło sztolnie, w których niemieccy górnicy wydobywali skarby Rudaw Janowickich: rudy żelaza, srebro, miedź i kobalt. W okolicy funkcjonowało ponad 150 szybów i sztolni, a podziemne chodniki rozciągały się na wiele kilometrów, jednak już pod koniec XIX wieku – z racji na stopniowe wyczerpywanie się złóż poszczególnych surowców – zaczęto odchodzić od górnictwa na rzecz rekreacji. Kupferberg jako jedna z najwyżej położonych miejscowości w Prusach zyskał walor turystyczno-wypoczynkowy. Kupferberg, pocztówka ukazująca nieistniejącą już zabudowę rynku; źródło: Gdy po II Wojnie Światowej miasteczko znalazło się w granicach Polski, odkryto bogate złoża rud uranu. Odkrycie przypieczętowało losy miasteczka. Arma Radziecka wysiedliła cywili, zamknęła teren i rękami robotników przymusowych rozpoczęła rabunkową eksploatację podziemnych złóż, a wydobyty materiał przekazywany był do słynnego (dziś także opustoszałego) zakładu wzbogacania uranu w Kowarach. Wskutek szkód górniczych Miedzianka – bo taką nazwę uzyskało to miejsce po wojnie – zaczęła znikać. Dosłownie. Kolejne domy, a czasem całe gospodarstwa wraz ze zwierzętami, zapadały się pod ziemię. Dzisiejsza Miedzianka to ledwie cień dawnego miasteczka. Jej historię rozsławiła nagradzana książka Filipa Springera „Miedzianka. Historia znikania”, a funkcjonujący tu od kilku lat browar pielęgnuje lokalną tradycję warzenia piwa. Kto jednak chce poszukać duchów dawnego Kupferbergu, powinien zejść z drogi. Wśród drzew wciąż jeszcze sterczą cegły dawnych domów, a pod cienką warstwą gleby w najmniej spodziewanych miejscach trafić można na podpiwniczenia, do których nikt nie schodził od ponad półwiecza. 6. Krzystkowice To polskie miasto widmo funkcjonuje pod kilkoma nazwami. Wybierając się tu na zwiedzanie, jedni mówią, że to Nowogród Bobrzański, choć właściwy Nowogród znajduje się kilka kilometrów wcześniej. Inni używają zamiennie nazw DAG Krzystkowice albo DAG Christianstadt, można też natknąć się na określenie Alfred Nobel Dynamit Aktien-Gesellschaft Chistianstadt. W środku lasu, z dala od ostatnich zabudowań mieszkalnych, znajduje się potężne miasto-fabryka. DAG Christianstadt, fot. Krzysztof Grygianiec Wysokie na kilka pięter budynki, jedne z cegły, inne z żelbetu, zieją pustką i kuszą pozorną ciszą. Wnętrza wciąż potrafią robić piorunujące wrażenie. Na ścianach napisy informacyjne i ostrzegawcze po niemiecku, rosyjsku i polsku prześwitują przez kolejne warstwy bohomazów wykonanych sprayem. W podłogach wciąż odnaleźć można ślady po dawnych urządzeniach, a w niektórych miejscach nadal zalegają resztki wybuchowego proszku, który zabił tu już wielu. Przebiegające przez teren całego kombinatu tory wyglądają tak, jakby za chwilę mógł tędy przejechać kolejny pociąg i tylko po barakach, w których przebywali więźniowie przymusowo pracujący w tutejszej fabryce amunicji, nie ma już śladu. DAG Christianstadt, fot. Krzysztof Grygianiec DAG Christianstadt Fascynuje i przeraża jednocześnie, a każdy, kto zechciał pozostać w tym miejscu na noc, po jakimś czasie czuje się jak stalker z opowieści braci Strugackich, balansując między snem a jawą, tym, kim jest a tym, kim stać się może. Lista opustoszałych miast, kompleksów fabrycznych, sanatoriów, wsi i dworków jest znacznie dłuższa. Niezależnie od tego, gdzie poniosą was nogi i czy w polskich miastach widmach zamierzacie spędzić ledwie kilka godzin, czy może kilka dni, pamiętajcie o bezpieczeństwie. Nie bez powodu wiele miejsc pozostaje do dziś nieodkrytych. Jedni zdroworozsądkowo nie zagłębiają się w podziemia i zakamarki. Inni po prostu wchodzą, ale już nigdy nie wracają. Taki już urok widma. Fot. tytułowa: DAG Christianstadt, fot. Krzysztof Grygianiec Jesteśmy największym serwisem nieruchomości w Polsce Sprawdź Największy serwis nieruchomości w Polsce
Moda na eksplorowanie opuszczonych nieruchomości – tzw. urbex – rozprzestrzenia się w Polsce w lawinowym tempie. Zjawisko do tej pory znane nielicznym zapaleńcom od trzech lat przybiera na sile i znaczeniu. Pasjonaci miejskiej eksploracji (ang. urban exploration) potrafią wycierpieć wiele, przejechać setki kilometrów, a nawet narazić się na konflikt z prawem, aby w zapomnianym przez świat miejscu odbywać niecodzienne podróże. Wyposażeni w latarki, rękawice, czasem hełmy i maski zapuszczają się w głąb nieużywanych budynków. Dokumentują wszystko, co zobaczą. Zwykle za pomocą zdjęć, coraz częściej filmów. – Przygodę z urbexem zaczęliśmy pięć lat temu, kiedy eksploracja miejska była o wiele mniej popularna niż teraz. Chyba każdy jako dziecko wchodził do opuszczonych miejsc i miał z tego frajdę – mówią twórcy Urbex History, popularnego kanału na YouTubie. Podróże z dreszczykiem Trzej przyjaciele tworzący serię półprofesjonalnych filmików o miejskiej eksploracji byli już na Ukrainie, w Czarnobylu, w Japonii i bardzo wielu miejscach w Polsce. Hitem wśród osób zainteresowanych urbexem okazała się sfilmowana – również z drona – wyprawa zespołu Urbex History do wyludnionej polskiej wsi Żukowice. Jak mówią eksploratorzy, jest to „mały, polski Czarnobyl". Ta budząca grozę nazwa ma być zachętą do podróży. W niemal bezludnej wsi, położonej niedaleko Głogowa (woj. lubuskie), mieszkało kiedyś 1500 osób. Dziś zostało zaledwie sześć rodzin. Większość nieruchomości stoi niezamieszkana. Wieś zaczęła pustoszeć, kiedy obok wybudowano Hutę Miedzi Głogów. Okazało się, że zanieczyszcza ona środowisko. Wokół wsi powstała specjalna strefa ochronna przed skażeniem radioaktywnym. Mieszkańców Żukowic z czasem przesiedlono do miasta. Domy z dnia na dzień straciły właścicieli. Dziś stanowią atrakcję dla amatorów urbexu, którzy chwalą sobie atmosferę miejsca. – Od trzech lat zaczęliśmy regularnie podróżować po opuszczonych obiektach. Zauważyliśmy, że takie miejscówki za granicą są zwykle w lepszej kondycji niż budynki w Polsce, choć nie jest to regułą – oceniają twórcy Urbex History. – Najlepiej zachowanym miejscem była skażona strefa w Fukushimie. Do dziś japońskie domy wyglądają tam tak, jakby zostały opuszczone wczoraj. Rzeczy stoją tam, gdzie stały. Wrażenie jest mocne – wspominają. Relacje fanów urbexu w Polsce pokazują najczęściej miejsca dawno opuszczone przez właścicieli, wczasowiczów, pacjentów itp. Triumfy święcą willa należąca rzekomo kiedyś do Andrzeja Wajdy, opuszczona plantacja marihuany ukryta w budynkach pralni czy pałacu Heinricha Himmlera, w którym trzymał on dokumenty na temat okultyzmu. Po wojnie był tam polski sierociniec. Dziś to ruina, którą lubią odwiedzać fani urban exploration. Upadek obyczajów – Interesujemy się fotografowaniem opuszczonych nieruchomości. W tego typu miejscach szukamy wrażeń estetycznych, doceniamy ich piękno – mówi Marek Pawlicki, eksplorator miejski z wrocławskiej grupy Aviator Urbex. – Kiedy zaczynaliśmy siedem lat temu, zwiedzaliśmy głównie opuszczone budynki w okolicy Wrocławia. Interesowały nas przede wszystkim dawne ośrodki wypoczynkowe, szpitale, pałace, fabryki. Takich miejsc jest na południu Polski sporo. Dokładne lokalizacje znane były wtedy tylko gronu wtajemniczonych – wspomina Pawlicki. Dziś na fali rosnącej popularności urbexu, rozpropagowanego przez filmiki na YouTubie, takie miejsca są demaskowane. – Lokalizacja opuszczonej rezydencji czy ośrodka letniskowego staje się powszechnie znana. Adres zwabia eksploratorów, ale także wandali, czasem złodziei, którzy niszczą i rozkradają – relacjonuje Pawlicki. Prawdziwym fascynatom eksploracji nigdy nie przejdzie przez myśl, aby coś zniszczyć lub zabrać. Podobają im się stare obiekty, które zachowane są w możliwie dobrym stanie. Jeszcze przed rokiem 2016 takim miejscem był opuszczony kompleks hotelowy we wsi Miałkówek nad Jeziorem Lucieńskim, w malowniczym Gostynińsko-Włocławskim Parku Krajobrazowym. Trzy okrągłe budynki hotelowe, wybudowane w latach 70. zbliżone w architektonicznej formie do warszawskiej Rotundy, awangardowe i modernistyczne, stanowiły w PRL centrum życia turystycznego regionu. Bywali tu letnicy z Warszawy, Łodzi, Płocka. – Jako sołtys ubolewam nad obecnym stanem zdewastowanych okrąglaków. Wielu mieszkańców pamięta lata świetności ośrodka, część z nich pracowała w tym pięknym hotelu – mówi Monika Sadowska-Kaniera, sołtys wsi Miałkówek. Czekając na inwestora W Miałkówku dobrze widać, że popularny urbex przyniósł wiele złego. Wizyta w opuszczonym hotelu jeszcze pięć lat temu mogła być ciekawym doświadczeniem. Na zdjęciach relacjonujących ówczesne wyprawy widać dobrze zachowane wnętrza: szyby w oknach, pokoje z meblami, drewniane drzwi. W pomieszczeniach można było znaleźć brudne szklanki, karteczki z zapisanymi wiadomościami wymienianymi między letnikami czy menu baru hotelowego leżące na podłodze. Wszystko sprawiało dziwne wrażenie, jakby życie wyparowało stąd chwilę temu. Lecz kto przybędzie do tego miejsca dzisiaj, zobaczy inną przestrzeń. Szyby w oknach wybite, tapety doszczętnie zdarte ze ścian. Pod nogami wala się gruz. Zapach w gorące dni jest nieprzyjemny. Dewastacja obiektu dokonała się w ostatnich trzech latach. W nocy podjeżdżały tutaj podobno ciężarówki wywożące meble. Powodem wzmożonego zainteresowania hotelem była internetowa sława. W 2016 roku ogromna działka z okrąglakami została przejęta przez gminę Gostynin z powodu długów właściciela. – Marzymy o inwestorze, który przywróci budynkom dawną świetność, zadba o elegancję i standard. Chcielibyśmy, aby wykorzystał okrągłe budynki na cele turystyczne – mówi Paweł Goliszek, wicewójt gminy Gostynin. Aby lepiej promować okrąglaki, radny Paweł Pilihowicz, rdzenny mieszkaniec, nagrał piosenkę, do której teledysk nakręcił w zrujnowanych budynkach, przy gościnnym występie Izabeli Trojanowskiej. Teledysk to tylko jedna z form zachęcania potencjalnego inwestora, którego na razie nie widać. W Polsce są przykłady udanych rewitalizacji ośrodków wypoczynkowych pamiętających czasy PRL. Wszystkie takie projekty związane z podupadłymi nieruchomości, opuszczonymi budynkami czy zaniedbanymi obiektami z różnych epok, skutecznie ograniczają przy tym urbex, który bywa niebezpieczny.
mapa opuszczonych miejsc w polsce